09 października 2024 Tomasz Różycki - "Złodzieje żarówek"

Tomasz Różycki  -

Złodzieje żarówek Tomasza Różyckiego – recenzja 

            Do lektury tej książki przystąpiłam pełna entuzjazmu, bo jestem miłośniczką powieści, których akcja toczy się w czasach PRL – u . Spodziewałam się wykwintnej uczty czytelniczej. Już pierwszy akapit jednak przyniósł gorzkie rozczarowanie, które rosło z każdym przeczytanym zdaniem. To powieść obyczajowa, balansująca na pograniczu realizmu i surrealizmu. Naszym oczom ukazuje się nienazwane, wielkie miasto. Blokowisko w Polsce, lata 80 – te XX wieku. Tadeusz – główny bohater, którego autor uczynił pierwszoosobowym narratorem – mieszka na ostatnim piętrze bloku z wielkiej płyty. Chłopak ma do wykonania ważne zadanie, powierzone mu przez ojca: pójść z puszką ziarnistej kawy do Stefana, złotej rączki, z prośbą o zmielenie kawy w młynku. Trudne życie mieszkańców bloku utrudnia dodatkowo panująca w budynku ciemność. Żarówki kradną tajemniczy, nieuchwytni złodzieje…
      Powieść Złodzieje żarówek Tomasza Różyckiego to utwór słaby praktycznie pod każdym względem. Największa wada książki to kreacja samego głównego bohatera. To dziecinny i odrealniony domorosły filozof. Wprowadza on do utworu patos i egzaltację sformułowaniach takich jak: „Bogowie są (…) heraklitejczykami” czy „brunatne zjawisko zalewało łazienkę”. Estetyka surrealizmu jawi mi się jako źle pojęta – zbyt nachalna, co powoduje, że często przekracza granice dobrego smaku: „Przeobrażeńska włożyła córce do gardła rękę aż po łokieć.” Autorowi zdarzają się błędy językowe: „rzucając się w otwór głową, na szczupaka”. Poprawna forma brzmi: „rzucając się w otwór szczupakiem”. Popisy pustego krasomówstwa Tomasza Różyckiego owocują powieścią niemiarodajną dla surowych realiów PRL –u. Brakuje prostoty i konkretu, charakterystycznych dla tamtych czasów. Absurdalne fragmenty przywodzą ma myśl niezdarną parodię „Ferdydurke” Witolda Gombrowicza, będąc przykładem udosłownienia metafory: „Pupa poruszała się (…) w swojej pupowatej mechanice, sprawiając wrażenie, że jest czymś w rodzaju (…) rosiczki, która chce mnie zjeść i w tym celu przybliża się”. Psychologia postaci została rażąco uproszczona – wykreowani bohaterowie to ludzie pozbawieni prawdziwych emocji. Utwór jest rozwlekły – jego objętość liczy sobie 250 stron, ale tę objętość można by śmiało zmniejszyć o połowę. Powieść ta posiada potencjał artystyczny, który został – moim zdaniem – zmarnowany. 
To w moim przekonaniu nieudany eksperyment twórczy – przykład słabiutkiego postmodernizmu. Wymowny dowód na prawdziwość powiedzenia: "Papier jest cierpliwy – wszystko przyjmie.” Lektura tej książki to była dla mnie droga przez mękę. Pozostały po niej tylko skołatane nerwy. Strata czasu.
                                                                                                               

                                                                                                                     Beata Sowińska    

                                                                                                                      DKK Złotów

                                                                                                                      wrzesień 2024                                               

 

Tomasz Różycki „ Złodzieje żarówek”

 

            Bałam się trochę tej książki, kiedy przeczytałam, że autor jest głównie poetą. Bałam się, że autor może pofrunąć, a tego w powieści nie lubię. A tu niespodzianka! Książka, od której nie można się oderwać!

            Czułam się jak na stypie późnego PRL-u. Pół żartem, pół serio młody narrator przypomina nam wszystko to, co złożyło się na nasze życie w tym okresie. Począwszy od jakości budownictwa, poprzez brak zaopatrzenia, kolejki, produkcję bimbru w każdym mieszkaniu lub piwnicy itp., itd., kończąc na ziarnistej kawie. Kto tego nie przeżył – nie uwierzy! Przejście na balkon od sąsiada to też znany mi element, przeżyty osobiście, ale zrobienie tego na 10 piętrze to majstersztyk, a raczej szaleństwo. I te nazwiska mieszkańców!

            Czułam się jak na stypie, bo śmiesznie powspominać delikwenta, ale ulga, że już nie żyje. Tak „mi podpowiada moje wszechstronne wykształcenie”.

 

Krystyna Matraszek
DKK Złotów